Już za późno. Senna wizja, która kołysała ją błogo, odpłynęła. Jeszcze nie otworzyła oczu, mając nadzieję, że Orfeusz będzie dziś dla niej wyjątkowo łaskaw i zawróci pastelowe marzenia, do których zaprosił ją tej nocy. Nic z tego. Pomarańczowe światło uparcie pchało się pod powieki, a niecierpliwe jaskółki krążyły na niebie, witając radośnie ciepły dzień. Lubiła ich śpiew. Przypomniała sobie, jak bardzo tęskniła za nim w szkliste, zimowe poranki, gdy zastąpił go szorstki krzyk wron. Wzdrygnęła się na samą myśl o minionych mrozach. Nie chcąc być niewdzięczną, przeciągnęła się leniwie z myślą, że być może warto jednak przekonać siebie samą do budzącego się właśnie nowego dnia. Otworzyła powoli oczy. 

Drobinki porannego światła tańczyły lekko na kamiennej podłodze. Wiatr swawolnie zabawiał się z lekką firaną, którą Nana zawiesiła w oknach przed tygodniem. Wówczas złościła się na nią, że zasłania jej ukochany widok na morze kawałkiem martwego materiału. Nana była jednak nieugięta i jakiekolwiek kierowane do niej prośby o uchylenie planów nowej aranżacji jej komnaty kwitowała z powagą groźbami o wiosennych klątwach posyłanych o świcie przez zazdrosnych Ludzi Lodu. Znając dobrze ich przebiegłość, Lila miała duże wątpliwości co do tego, czy kawałek koronki rzeczywiście mógł stanowić dla niej jakąkolwiek ochronę. Nana, słysząc jej uwagę, prychnęła jedynie, rzucając na odchodne coś o niegodziwości nazywania pajęczych nici „koronką”. Lila uśmiechnęła się serdecznie pod nosem, przypominając sobie groźną minę Nany. Zupełnie do niej nie pasowała. Nie znała przecież drugiej tak dobrej osoby jak ona. 

Zwinęła się w kłębek, sabotując choć jeszcze na chwilę przymus wstania z łóżka. Zapatrzyła się w błękit nieba oprószony smugą białego obłoku. „Ciekawe jaki kolor przybiera o tej porze dnia niebo w Alezji?” – zamyśliła się. Nie chciała wyjeżdżać. Złowrogie myśli o opuszczeniu zamku, w którym się wychowała, na nowo zaczęły kłębić się czarną chmurą w jej głowie. Nękały ją niemal nieustannie, od kiedy nadszedł ten nieszczęsny telegram od Duna. Z obawy, że mogłyby zabić magię tego poranka, jednym stanowczym ruchem zrzuciła z siebie pierzastą kołdrę. Chłód kamiennej podłogi pod stopami wytrącił ją z posępnego letargu. Zagarnęła pod pachę poduszkę i podeszła do jedynego, wąskiego okna w jej wschodniej wieży. Na nowo poczuła dumę z tego, że wywalczyła sobie z bratem ten pokój jako jej. Z satysfakcją pacnęła poduchą na mosiężną skrzynię, którą własnymi siłami przysunęła pod okienną szczelinę tuż po przeprowadzce. Stworzone przez nią, dość wygodne, aksamitne siedzisko z ulgą odetchnęło kurzem, gdy dziewczyna gwałtownie na nim usiadła. 


Lila oparła głowę o omszały mur. Wstrzymała oddech. Gdyby tylko mogła równie sprawnie zatrzymać czas. Patrzyła na swoją ukochaną Bosę. Wciąż mając ją przed sobą, już za nią tęskniła. Miasto jeszcze nie zdawało sobie sprawy z jej dzisiejszego wyjazdu. Kolorowe domki jak zwykle uśmiechały się do niej barwami tęczy. Prężyły się dumnie, ułożone zmyślnie niczym kolorowe, drewniane klocki. Niemal czuła zapach prania rozwieszonego na ich dachach. Zazdrościła ptakom przysiadającym na balustradach balkonów, podglądającym zaspanych mieszkańców miasta. Pewnie w większości właśnie parzyli kawę i wykładali chrupiące rogaliki na gliniane talerze. Gdyby była jaskółką, z pewnością byłaby wdzięczna piekarzowi za to, że ulubiona śniadaniowa przekąska mieszkańców Bosy pozostawia po sobie tyle okruszków. Gdyby tylko…

Szmer za drewnianymi drzwiami mimowolnie zmusił ją do zwrócenia oczu wgłąb pokoju. Utkwiła wzrok na złotej klamce w drzwiach. Dostrzegła, że mistrzowskie dzieło kunsztu rzemieślnika z Półwyspu Sinis powolnym ruchem zaczęło opadać w dół. Ktoś skradał się cicho z zamiarem wybudzenia jej ze snu. Ostatni raz zerknęła na wzgórza za oknem. Odprowadziła wzrokiem nurt rzeki wpadającej do morza. Wzięła wdech. Najgłębszy, na jaki pozwoliły jej płuca. „Już czas.” Pomyślała. „Już czas.”

Są na świecie „miejsca z aurą”. Tak je sobie nazywam. To przestrzenie, które otulają Cię swoim spokojem. Pozwalają Ci być sobą. Zatrzymują Cię. Inspirują.

Gdy mam szczęście je odwiedzać, znika cały świat.
To one stają się całym światem.

Tak sobie myślę, że gdy ktoś mówi, by „żyć tu i teraz”, ma na myśli nieustanne poszukiwanie takich miejsc. Wędrówkę, w której nie kierujesz się przewodnikiem. Konwenansami. Tradycjami. Oczekiwaniami. Zwyczajami.
Podróż, w którą wyruszasz z drogowskazem w sercu.

Nie potrafię żyć „tu” , ani trwać w „teraz” , jeśli jestem tam, gdzie nie mogę siebie usłyszeć.
Gdzieś „tu” i w jakimś „teraz” zdałam sobie z tego sprawę, i nie potrafię już inaczej żyć.

Choć w dzisiejszych czasach to trudne, bo wszyscy ślą z każdej strony wieści co u nich słychać…

Zatkaj uszy. Nie słuchaj ich. Usłysz siebie.

Kwiecień 2019, Bosa, Sardynia. Miejsce z aurą