Przyjaciółka zapytała mnie: „Aga, a może coś więcej jest na rzeczy? Wyjeżdżasz jest ok, a jak wracasz, to po pewnym czasie znów jest Ci źle.” 

Chodziło coś za mną kilka tygodni. Skrobało mi marchewki. Szczypało w łydki, dopominając się o uwagę. Wchodziło pod nogi niczym kot. Wcale nie miło i nie puchato, wciąż przypominało o swojej obecności. 

Wsiadło to ze mną do samolotu. Położyło się obok na plaży. Powłóczyło do lasu. Poszło uparcie nawet w góry.

Tam spojrzałam temu prosto w oczy.
Już wiem, co mnie gryzło. Ścigało. Prześladowało.

Wyrzuty sumienia. 
Wyrzuty – Przyjaciółko absolutnie nie myśl, że Twoje, to moje własne – że mam taką potrzebę, by uciec od codzienności. 
Zostawić ją. 
Obowiązki, zadania, plany i postanowienia. 

Tak jakby ta codzienność dziwiła mi się, że mam czelność.

Codzienność.
Jeśli zbyt długo jej nie zmieniam i wpadam w rytuały to… 
Ja się w tej codzienności duszę. 
Brakuje mi w mieście natury. Gubię się w parkach wciśniętych między mury. Nie pachną mi kwiaty z balkonów. 

Ja się w codzienności gubię. 
Nie mam się gdzie podziać, bo wszędzie już ktoś jest. 

Ja się w codzienności nie wyrabiam. 
Wpadam w zakręty, przekraczam limity prędkości, hamuję przed przepaścią. 

Z tym całym bagażem, ja tę codzienność, mimo trudu, bardzo kocham. 
Ja jestem jej wdzięczna, że jest. 
Tylko, że czasem chce mi się od niej uciekać.
Nie chcę jej za to przepraszać.
Ja tego potrzebuję.

Codzienności, ja nie Ciebie, ale siebie sama biję w pierś, bo trochę los, a trochę ja Cię tworzę. 
To co mogę, to zmieniam. 

Wyjeżdżam odetchnąć. 
Wyjeżdżam, by się zbliżyć.
Wyjeżdżam po wdzięczność do Ciebie właśnie – codzienności, którą za sobą zostawiam i do której wracam.
Wyjeżdżam po pustą głowę, by mieć w niej miejsce na nową ciebie – na codzienność właśnie.

Dystans…

Potrzeba. 
To jest moja potrzeba, by mieć w życiu przestrzeń dla siebie. Odnajduję ją w odcinaniu się od codzienności. Odcięcie zapewnia mi kilka rzeczy: pisanie, tworzenie, taniec, joga i wyjazdy właśnie.

Potrzeby. 
Obserwuję, jak gubimy je w swoich codziennościach. Wypadają nam one z kieszeni w metrze. Zaplątują się w koła pędzących do pracy rowerów. Rozpływają się w porannych kawach. Zmywają się z nas w trakcie szybkich wieczornych pryszniców.

Oczekiwania. 
Są nam nasyłane. Wyświetlane na ekranach. Malowane na muralach. Naklejane na ścianach. Żyjąc w mieście, mam wrażenie, że wdychamy je z powietrzem: „Kup!” „Zrób!” „Jeszcze!”.

Potrzeby.
Dziecięce marzenia. Ukryte talenty. Uśpione plany. Odłożone na później. Wciśnięte pod poduszkę. Nachodzą nas w snach. 

A Ty wiesz, czego się od Ciebie oczekuje, a czego tak naprawdę Ci trzeba?

W rzeczy samej, Przyjaciółko. Coś jest na rzeczy. 

Zbyt prędko nam w codzienności.
Stańmy zdyszani i powachlujmy się pragnieniami.
Ach, jak będzie nam lżej!


Sardynia, maj 2019.
Codzienności, jeszcze chwilkę się tu powachluję. Zaraz wracam! 🙂