Przytulona do trawy. 
Obok źdźbła drapiącego w ucho i z mrówką wchodzącą pod pachę. 
Piekę sobie rumiane policzki, tęskniąc za moim dziecięcym latem.

Kiedy to nie zeszłam z łąki, dopóki nie znalazłam czterolistnej koniczynki.
Hodowałam ślimaki w słoikach i zakładałam żabie obozy.
Jedyną walką, jaką toczyłam, była ta na mirabelki.
Wyłącznym wyścigiem – gonitwa za cytrynowymi motylami.
Biegałam ze złotówką w skarpetce. Na lody i oranżadę.
Plotłam wianki i zdobywałam w nich świat.
Liczyłam kropki biedronkom.
Nie wiedziałam, że wata cukrowa jest z cukrem.
Nie czułam zimna kąpiąc się w jeziorze. 
Na koloniach czmychałam nocą przez okno.
Pisałam wakacyjny pamiętnik.

Przyjaźniłam się z lenistwem. 
Nie bałam się nudy.
Wygodnie mi było boso. 
Swobodnie z trawą we włosach. 
Do twarzy z fioletowymi od jagód ustami.

Spotykałam więcej łabędzi.
Wiedziałam, ile ryb mieszka w jeziorze.
Znałam kryjówkę najgrubszej z ropuch. 

To wszystko zupełnie bez wysiłku.
Tak naturalnie.
Miałam czas.
Po prostu.

Leżę w trawie i piszę, bo na jedno ze wspomnień jakoś tak szerzej się do siebie uśmiecham:


Siedzę na drewnianym pomoście. W klapkach na nogach dotykam tafli wody piankową podeszwą tak, by ani trochę nie zmoczyć stóp.
(Pamiętasz jeszcze tę zabawę?! 🙂 )
Śpiewam pod nosem „Było morze, w morzu kołek..”
I…
Marzę. Snuję plany. Wielkie podboje!
Wyobrażam sobie, jak to będę dorosła i W KOŃCU będę robić to, co chcę!


Kurtyna. 😉


Tak mi dobrze.
To dobry czas.


Witaj Lato. 
Ja, zupełnie przewrotnie, nie wiosną, ale dopiero przy Tobie rozkwitam.