Jadę właśnie w pociągu do Gdańska. Jednostajne bujanie żelaznej maszyny i wir drzew za oknem przenoszą mnie w inny wymiar. W słuchawkach pomrukuje pianino, w duszy grają dziecięce wspomnienia. Cofam się w czasie.

Widzę siebie jako małą dziewczynkę. Ubrana w letnią sukienkę, wysiadam właśnie z wielkim zawodem na dworcu w Oliwie. Jeśli mama powiedziała: „Jedziemy nad morze” to byłam pewna, że wysiądziemy na plaży. Ewentualnie, piasek będzie tuż obok peronu. Tymczasem, wita mnie ciemnobury beton. Taki sam, który żegnałam wsiadając do pociągu. Zerkam na mamę pytająco. Posępnie przyjmuję do wiadomości, że „nad morze” wybierzemy się dopiero jutro. Buzia w podkówkę. Nie tak to sobie wyobrażałam.

Podczas tamtego wyjazdu zanurzyłam stopy w gorącym piasku dopiero następnego dnia. Byłam wówczas nieco obrażona na morze. W mojej wyobraźni obiecało mi przecież.

Tak wiem, wiem. Nic mi nie było winne.

Uśmiecham się do siebie, żegnając w pamięci to mgliste wspomnienie. Tak sobie myślę, że cały czas podobnie się obrażam. Już nie na morze, ale na to, czego było ono symbolem – na marzenia. To one wciąż każą mi siebie wyczekiwać. Niesforne.

Słyszę co rusz, że należę do tych opanowanych. Potrafię przecież wyczekać na przyjaciółkę w kawiarni. Zapanuję nad burczącym brzuchem w restauracji. Wystoję w kolejce na poczcie. Awantury nie leżą w mojej naturze. Podobno.

Inni mówią tylko to, co widzą. A czuję ja jedna. Jak się we mnie gotuje. Jak mnie nosi. Gdy bardzo mi na czymś zależy to chcę to na już, teraz, od razu. Na szczęście odkryłam, jak bardzo się przez to gubię.

Nie potrafię w spokoju oczekiwać spełnienia marzeń, przez co naprawdę trudno, oj.. bardzo trudno mi się na nie pracuje. Dziś już rozumiem, że to nieprzyjemne odczucie to paraliżujący mnie strach. Przed czym? Boję się, że nie wysiądę od razu na plaży. Że się zawiodę, będę musiała czekać, nie doczekam się. Nie wsiadam więc do pociągu wcale. Odwlekam. Narzekam. Mówię sobie „Łeee, to nie dla mnie”. Później mi smutno, bo w głębi serca wiem, że bym mogła. Jestem przecież na tyle zdolna, a mimo to.. uparcie hoduję w sobie frustrację.

Długo narzekałam, ba! karciłam siebie, że tak mam. Teraz stać mnie, by odważnie przyznać się do tego, że:
„Tak, czasem cholernie boję się walczyć o marzenia tylko i wyłącznie dlatego, że są niepewne.”

Kiedyś sądziłam, że to dziecinne. Dziś nazywam rzeczy po właściwym imieniu i obwieszczam dumnie światu, że to nie jest żadne inne, jak tylko i wyłącznie ludzkie. Już nie karcę siebie za to, jaka jestem. Chwalę w zamian, że chciało mi się dostrzec, co mnie blokuje. Szanuję moje emocje. Dzięki czemu jest mi łatwiej.

Wiem, jakie to trudne i wiem, że da się to pokonać. Mam tę wiedzę jako człowiek, który zmaga się z tym co ludzkie i jako terapeuta, który pomaga w podobnych zmaganiach innym. Gdy zaczynamy mierzyć się ze strachem, on nie ustępuje od razu. Tylko pierwszym krokiem jest przywitanie go i zastanowienie się czego tak naprawdę dotyczy. Wtedy nie przeminie jeszcze. Zostanie, ale można już z nim porozmawiać. Ponegocjować. Zmniejszyć. Zawalczyć. O marzenia właśnie.

Można nauczyć się pokonywać wewnętrzne blokady. Można wszystko.

Niecierpliwość. To moje osobiste krzywe zwierciadło. A jakie Ty masz?