Osiągnięcia, cele, marzenia. Wciąż za nimi gonię.

Oczekiwania. Moje własne i innych. Każdego dnia choć raz myślę o tym, by je spełnić.

Przyszłość. To słowo wywołuje we mnie dreszcze. I to nie tylko te związane z ekscytacją. Tak po prostu, po ludzku, czasem boję się tego, co będzie.

Każdemu z nas zdarza się czasem spanikować. Pomartwić nieco więcej niż trzeba. To normalne. Chcemy dobrze wypaść w oczach innych, jak i w swoich własnych. Pragniemy sobie coś ułożyć, czegoś nie zawalić, kogoś pokonać. Na końcu tego wszystkiego wypadałoby jeszcze gdzieś dojść.

Właśnie w ten sposób zapraszamy do siebie wroga, którym jest stres. Mówię o tym „złym” stresie, który nie mobilizuje, a paraliżuje. Przydarzyła Ci się już kiedyś nieprzyjemność takiego spotkania? Ja złapałam się na tym, że zbyt często je umawiam. Bezwiednie nawołuję stres pytaniami typu: „Co to będzie?!”, „Co ja zrobię?”, „A gdy już będę wiedzieć, co robić, to jak ja to zrobię?”, „No dobra, a co jeśli…?!”. Tak wpadam w wir. Próbuję nad wszystkim zapanować, a zamiast stabilizować sytuację, jeszcze bardziej napędzam karuzelę, na której siedzę. Co za młyn! Błędne koło.

 Jak dobrze, że czuwa nade mną mój Anioł Stróż. Taki z wyjątkowo potężnymi i silnymi skrzydłami. Ale o tym kiedy indziej.

Dziś chciałabym podzielić się z Tobą moją techniką radzenia sobie z zamartwianiem się. Dzięki niej udaje mi się uniknąć bezustannego „mielenia” trudnych tematów. Mam bardzo nieprzyjemną skłonność do nadmiernego, niepotrzebnego analizowania wszystkiego, co mi się przydarza. Zbyt często staję jedną nogą tam, gdzie coś już było, a drugą w miejscu, gdzie coś ma być. Znacznie wygodniej byłoby po prostu stać twardo na tym co jest pode mną tu i teraz. Skąd wiem, że to złe? Stąd, że mam już tego dosyć. A raczej miałam. Teraz już potrafię nad tym zapanować. Wcześniej rozmyślanie o rzeczach, już albo jeszcze nieistotnych, zabierało mi energię, którą mogłabym przeznaczyć na to, czego potrzebowałam od zaraz. W efekcie, w głowie miałam jednocześnie zamęt i pustkę. Zero chęci i kreatywności do pracy, nauki, a nawet odpoczynku. Moje ciało było sparaliżowane, a w umyśle trwała istna pogoń. Za mętnymi wizjami nie wiadomo czego.

Jak pokonać ten fizyczny bezruch, a mentalny sprint? Moim sposobem było założenie „Zeszytu Zmartwień”, w którym notowałam wpadające mi do głowy czarne myśli. Wyznaczyłam sobie bardzo sprecyzowane terminy, które postanowiłam przeznaczać na obmyślanie spraw zapisywanych w nieszczęsnym notatniku. Chciałam ambitnie, aby był to tylko jeden dzień w tygodniu. A najlepiej to w miesiącu! Realistycznie jednak przystanęłam na dwa dni tygodniowo. Miano pochmurnych dni otrzymały poniedziałki i czwartki. Weekendom oszczędziłam smutków. Oczywiście nie zamartwiałam się wtedy od rana do wieczora. O nie, nie. Na posępne smuty  z zeszytu przeznaczałam jedynie 15 minut. Dokładnie w każdy poniedziałek i czwartek od 18.00 do 18.15 kładłam się na poduchach, właziłam pod koc i lamentowałam z „Zeszytem Zmartwień” w rękach. Wiele razy okazywało się, że w gruncie rzeczy to nie mam nad czym płakać. Żalom zapisanym w notatniku nierzadko już po jednym dniu kończył się termin ważności. Oczywiście częściej jednak miałam co nieco smutów do przestudiowania. Zawsze jednak kończący się czas pory zmartwień zatrzymywał wir myśli. Czasem udawało się rzucać zeszyt w kąt jeszcze przed dzwonkiem czasomierza. Różnie bywało, ale wszystkie pory zmartwień łączyło jedno: po czarnych piętnastkach zawsze powracało do mnie moje ukochane dobre samopoczucie.

Co zyskałam dzięki „Zeszytowi Zmartwień”? Przede wszystkim spokój ducha i dystans do codziennych, mniejszych i większych problemów. Świadome martwienie się pomogło mi skupić się na tym, co jest naprawdę istotne w gromadzonych przez tydzień zmartwieniach. Przestałam naginać fakty, wyolbrzymiać rzeczywistość. Wyczyściłam swój filtr kwalifikowania sytuacji do „złych” i „dobrych”. Pojawiła się kategoria pośrednia: „znośne, czyli niewarte martwienia”. Przestałam poświęcać swój czas na myślenie o tym, co nieważne.

Problemów pojawiających się w „Zeszycie Zmartwień” jest z tygodnia na tydzień coraz mniej. Są one również nie tak poważne i przerażające, jak na początku. A poziom energii do działania wciąż wzrasta.

Jeśli Tobie również doskwiera skłonność do koncentrowania się na tym, co nieprzyjemne, wypróbuj technikę „Zeszytu Zmartwień”. Przekonasz się, że ponure myśli, spisane na papierze i czytane po kilku dniach od momentu, gdy pojawiły się w głowie, nie są już takie straszne. To ćwiczenie da Ci poczucie kontroli i wewnętrznej siły. Otrzymasz do rąk własnych dowód, czarno na białym, że potrafisz pokonać każdą trudność. To co było, minie, a to co będzie, przyjdzie powoli. Nie naciągniesz ani nie przyspieszysz czasu już nigdy więcej.

Przyjemnie jest utknąć w tym, co dzieje się tu i teraz.

zeszyt1