Warszawa. Stolica. Mrowisko. Tłum przelewa się przez ulice. Pędzi samochodami, wsiada do tramwajów, wpada do podziemi metra. Wszyscy płyną z prądem, ale każdy twierdzi, że w swoją stronę. Nikt nie patrzy pod nogi, choć wszyscy boją się upadku. Pierwotne instynkty nie przetrwały.

Wszystko ze szkła. Zimne. W szybach odbijają się twarze. Pobłyskują krople łez. Lśnią śnieżnobiałe uśmiechy. Żaden obraz nie jest czysty, przejrzysty. Wszędzie pełno smug.

Nikt nie patrzy na boki. Nie obraca się do tyłu. Mrówki dumnie przeglądają się w szkle. Lustrują źrenice. To bardzo ważne, jak inni je widzą.

Boją się tylko spojrzeć w swoje własne. Oczy. Zwierciadła duszy. Strach pomyśleć, co mogłyby w nich zobaczyć. Albo czego nie dostrzec.

Tak biegną. Na szczyty. Obce sobie nawzajem. A najbardziej same sobie.