Bywam potwornie wymagająca. Nie wobec otoczenia. Wobec siebie.

Rozumiem, ze ktoś może mieć zły dzień i być nieco niemiły. Nie kole mnie w oczy czyjś odważny ubiór lub źle dopasowane kolory. Kontrowersyjne przekonania nie budzą we mnie odrazy. Nie zakazuję też łamania konwenansów. Wybaczam. Jak dotąd wszystkim. Innym. Sobie nigdy.

Życie każdego z nas jest osobistym, wolnym wyborem. Nikt nie ma prawa nam go odebrać. Można wszystko, byle nie kosztem drugiej osoby. Gdy w grę wchodzi czyjaś krzywda, reguły stają się bardziej rygorystyczne. Dla wszystkich. Co jednak, gdy ktoś swoim postępowaniem krzywdzi samego siebie? Zasada powinna być ta sama – zero bólu. Tego również wymagam. Od innych. Nigdy od siebie.

Jeszcze niedawno tak było.

Kilka lat temu, stawiałam sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Nie dopuszczałam żadnej porażki. Nie mogłam się potknąć. A o upadku w ogóle nie było mowy! Skutek był taki, że udawało mi się wszystko. Super. Tylko, że medal zawsze ma dwie strony.

W szkole, od podstawówki po liceum, wiodłam prym. Zawsze perfekcyjnie przygotowana. Na każdy przedmiot, bez wyjątku. Nie skupiałam się na tym, czy coś mnie interesuje czy nie. Czy zgadzam się z tym co mi wpajano. Nie stawiałam się. Nie zadawałam pytań. Kazano mi się nauczyć, to musiałam umieć. Kropka. Ponadto wiedziałam, że rozum to nie wszystko. I tak też nie było. Nie byłam jedynie pilną uczennicą. Równie dużo wysiłku wkładałam w to, by być idealną dziewczyną. Ubranie do szkoły zawsze przygotowywałam niezwykle skrupulatnie. Dzień wcześniej. Musiałam wyglądać. Nie jako tako, ale świetnie. Zgrabnie, ładnie, modnie. Denerwowałam się na każdy odstający kosmyk włosów. Dostawałam białej gorączki, gdy na czole pojawiał się czerwony punkcik. A było ich sporo. Stoczyłam batalię z dojrzewaniem! Nieustannie tego było w moim ciele za dużo, a tamtego za mało. Nie akceptowałam zachodzących we mnie zmian. Wątpię, że ktoś to zauważył. Nie wiem skąd brałam siły na pewność siebie, którą wszyscy we mnie widzieli. Wszyscy, tylko nie ja. Kuliłam się w środku, ale towarzysko nie mogłam sobie pozwolić na to, aby pozostać w kuluarach. Byłam zawsze tam gdzie trzeba, wtedy, kiedy trzeba, z tymi, co trzeba. Wszystko pod kontrolą. Bez prób. Bez błędów. Pierwsze podejście musiało być zawsze trafione.

Jak można się domyśleć, nie narzekałam na brak uwagi. Nie byłam samotna, wyizolowana. Zawsze plasowałam w okolicach podium. Zwykle na nim stawałam. Czy byłam z siebie dumna? Mówili, że jestem. Nigdy nie byłam. Zazdroszczono mi. Ja sobie nie zazdrościłam. Kiedyś usłyszałam, że mnie podziwiano. Czego ja nie robiłam. Stawałam raczej po stronie tych, którzy mieli mnie serdecznie dość. Przecież wciąż, mimo wszystko, miałam tyle wad… Tak bardzo chciałam wszystkim dogodzić. Wkraść się w łaski. Zmieścić w schematy. Stanąć w ramach ideału piękna. Ogłady. Dziś wiem, że gorączkowo poszukiwałam akceptacji. Przyjmując najbardziej skrajną drogę. Kto nie zaakceptuje osoby idealnej? Nikt. Dlatego postanowiłam nią zostać.

Akceptacji w tamtym czasie nie doświadczyłam. W złym miejscu szukałam. Powinnam zacząć od siebie.

Nie wyszłam z tego bez szwanku. Chcąc uniknąć błędu, nieustannie go popełniałam. Krzywdziłam najważniejszą osobę w moim życiu – siebie. Czułam się samotna. Miałam znajomych. ale wciąż wydawało mi się, że nikt mnie nie lubi. Albo przestanie, gdy skończę się starać. Byłam niespokojna. Zawsze. Pomyślmy… czy można się zrelaksować musząc nieustannie trzymać pion?

Mam 24 lata. Dopiero od niedawna oddycham. Na razie płytko. Choć od czasu do czasu udaje mi się wziąć głębszy wdech. Nie jestem już swoim katem. Dałam sobie prawo do powietrza. Porzuciłam chory zbiór zasad. W którym było o wiele więcej niż 10 przykazań. Za dużo. Rzadziej już stoję w pionie. Najczęściej chwieję się radośnie na boki. Staram się nie planować jutrzejszego dnia dzisiaj. Nie odstawiam już litanii pod szafą. Od święta używam podkładu. Pokochałam niesforne włosy opadające na ramiona. Pozwalam sobie na śmiech. Z samej siebie. Potykam się. Często. Coraz zgrabniej wstaję. Upadłam też. Nie raz. Nie było tak źle. Nie dobieram już słów tak dokładnie. Zdarza mi się mówić prosto z mostu. Dawkami uwalniam myśli. Nie wstydzę się tego, że czuję. Jestem sobą.

Wiem, że nie jestem odosobniona. Wielu wciąż trzyma siebie w ryzach. Zamyka w złotych klatkach. Ukrywa pod maskami. Puszy pióra, a w środku kuli się ze strachu. Wiem jak to jest. Też tam byłam. Również to robiłam. Całe szczęście, że teraz od czasu do czasu pozwalam sobie upaść. Choć przyznaję, wciąż mam strach w oczach.

Upadajcie! Trenujcie wstawanie.

Pierwszy raz. Od bardzo dawna. A może po raz pierwszy w życiu. Czuję się bezpiecznie.

Dziękuję Ci, Skrzydlaty. Nie pofrunęłabym bez Twojej miłości