W „P” kryją się pieniądze.
„R” niesie ze sobą rywalizację.
Za „E” ukryła się elita.
„S” wije się dumne z sukcesu.
„J” wciąż podpowiada: „jeszcze„.
„A” tłumaczy wszystko ambicją.

Presja.  Tak oto nas mami.

Nie znoszę jej.  Nie ufam za grosz. Mam na nią uczulenie. Ponad dwadzieścia lat walki z pokrzywką na twarzy i przedramionach, nie wiadomo skąd. Tajemnica odkryta. 

Niestety, jest sprytna. Nie zawsze kroczy jawnie w towarzystwie deadlinów, ASAPów i oczekiwań – rozkazów kierowanych wprost. To jest jedynie jej jawna odmiana – jak dla mnie, znacznie mniej niebezpieczna niż ta ukryta.

Stosunkowo łatwo jest przeciwstawić się tej oczywistej odmianie presji. Można perfidnie wytknąć ją palcem. Zgłosić. Wnieść skargę. Przedstawić dowody. Rozpłakać się w odwecie, z braku sił. Zbuntować. Powiedzieć „Mam to gdzieś! Skończę z tym albo zwariuję.” po czym odwrócić się na pięcie i odejść. Często w towarzystwie krzepiących oklasków i słów otuchy: „Dobrze robisz! Myśl o sobie! Nie ma co! Odpuść.”

Niemą presję trudniej wychwycić.

Jest rozpuszczalna. Roztapia się w dobrych chęciach („Zrób tak. Dobrze Ci radzę.”), opiekuńczych zapędach („Nie rób tego, bo, och, ja po prostu się o Ciebie martwię.”), społecznych oczekiwaniach („Wiesz no, należałoby…”). 

Zna najlepsze kryjówki. Chowa się w prezentach niespodziankach („Już za Ciebie zapłaciliśmy!), rodzinnych tradycjach („W naszej rodzinie każdy mężczyzna..”) i przyjaznych komplementach („Ale macie piękne mieszkanie. Teraz tylko…”).

Mnie każdy rodzaj presji rani. Wyrządza mi krzywdę, bo czuję się zamknięta w niewidzialnej klatce. To tak, jakby ktoś kredą rysował wokół mnie okrąg na ziemi wysyłając mi nieme ostrzeżenie: „Poruszaj się tylko w tych granicach, bo jeśli tylko na nie nadepniesz, a co dopiero przekroczysz, stracisz moją akceptację”.

Nie akceptuję słowa na „P”.

Potrzebuję delikatniej, czulej, łagodniej żyć.
W świecie, gdzie ludzi się słucha, a nie tylko słyszy.
Gdzie każdy się sobie przygląda, a nie jedynie widzi.
Tam, gdzie zachodzi wymiana poglądów, a nie argumentów.
Gdzie ludzie są blisko siebie. Nie tylko fizycznie.

Złość na presję rodzi we mnie łagodność.
W której „Ł” łączy nas ze sobą.
„A” akceptuje bez nanoszenia poprawek.
G” głaszcze czule nawet najbardziej szorstkie tekstury.
„O” otwiera na zmianę i pozwala na odmienność.
„D” skrywa w sobie dobro.
„N” naprawia relacje.
Dzięki „Ś” pilnującego bliskości i „Ć” odpowiadającego za „czułość”.

Między „P” a „Ł” wybór prosty, a niełatwy.
Niektórym chyba niewygodnie jest być łagodnym w świecie pełnym walki.
Mimo, że to właśnie słowa na „Ł” ten świat potrzebuje.

Ja nad wyborem nawet się nie zastanawiam.